piątek, 22 marca 2013

Część III


Każdy z nas ma limit cierpliwości. Ja swój wykorzystałam po godzinie siedzenia w tej zapełnionej po brzegi restauracji, gdzie nie słyszy się drugiej osoby, która siedzi koło ciebie. Poza tym cała ta rodzinna atmosfera. Wszyscy tacy szczęśliwi. Tylko nie ja, a to w końcu moje urodziny i powinnam się cieszyć dwa razy bardziej niż inni.
- Przepraszam – mruknęłam i wstałam nawet nie zauważona.
Można powiedzieć, że prawie biegłam w stronę wyjścia po drodze zarzucając na siebie swój czerwony płaszcz. Prześlizgiwałam się między stolikami aż w końcu złapałam za zimna jak lód klamkę. Szarpnęłam za nią i z całej siły popchnęłam drzwi. Drewniana część natrafiła jednak na opór. Z impetem uderzyłam przechodzącego zbyt blisko człowieka. Upadła na ziemię próbując łapać się jeszcze pobliskiej latarni.
- Mój Boże – szepnęłam i natychmiast do niego podbiegłam. – Nic panu nie jest?
- Nie, raczej nie – odparł pocierając dłonią czoło i pomału się podnosząc.
- Pomogę panu – złapałam go za ramię i pomogłam mu wstać.
Natychmiast oddalił się od drzwi, kurczowo trzymając latarni. Było już ciemno. Po Długiej przechadzali się zakochani, którzy wzajemnie oddawali sobie ciepło mocno się przytulając. To była pierwsza grupa. Drugą grupą tworzyli ludzie, którzy nawet o takiej porze się gdzieś śpieszyli. Przemierzali tą piękną, gdańską ulicę nawet nie spoglądając na zabytkowe kamieniczki, które były jedyne w swoim rodzaju, gdyż każda miała swoją oddzielną historię. Podeszłam do mężczyzny i spojrzałam na miejsce, w którym jego czoło zderzyło się drzwiami. Był już na nim ślad.
- Może zawiozę pana do szpitala? – zaproponowałam nieśmiało.
- Nic mi nie jest, naprawdę – uśmiechnął się i wyprostował. – Trochę w tym mojej winy. Kto normalny przechadza się tuż koło drzwi tej restauracji i to w godzinach szczytu?
- Chyba nikt – odparłam cicho. – Jest pan pewien, że wszystko w porządku?
- Jak mam to pani udowodnić? Mam zacząć skakać?
- Lepiej nie, bo jeszcze musiałabym pana zabrać do psychiatry, a on chyba nie ma nocnych dyżurów w wojewódzkim.
Zaśmiał się i oparł plecy o latarnię. Był wysokim czarnowłosym mężczyznom z delikatnym zarostem. Jeżeli wzrok mnie nie mylił to miał jasne, brązowe oczy, które były wręcz bursztynowe w świetle latarni.
- To może tak. Pani odprowadzi mnie do Złotej Bramy w ramach przeprosin, a także by dopilnować, że po drodze nie zemdleję.
- No dobrze.
Pomału ruszyliśmy w stronę bramy. Restauracja znajdywała się praktycznie zaraz koło, więc nie musiałam daleko iść. Gdy doszliśmy mężczyzna gwałtownie się zatrzymał i puknął delikatnie w czoło, ale tak by nie dotknąć bolącego miejsca.
- Powiedziałem do Bramy Złotej? – przytaknęłam niepewnie. – Zawsze mi się te Bramy mylą. Chodziło mi o Zieloną – uśmiechnął się i zawrócił. – Spokojnie, to nie żaden objaw. Pamięć to moja słaba strona.
Westchnęłam i ruszyłam za nim, próbując dotrzymać mu kroku, ale nie miałam szczególnie ochoty na jakieś spacerki, choć lepsze to niż siedzenie tam w tej restauracji i udawanie, że świetnie się bawisz. Wszystko lepsze od tego.
- Właściwie to jak ma pani na imię?
- Izabella – odparłam.
- Mariusz. Iza. Mogę się tak do ciebie zwracać?
- Możesz – mruknęłam. Było mi obojętne jak ktoś będzie do mnie mówił. Słyszałam już tyle interpretacji mojego imienia, że Mariusza była tą najlepszą.
- Nie śpieszy ci się do restauracji?
- Nie bardzo, ale jeżeli chcesz to mogę już sobie iść.
- Źle mnie zrozumiałaś! – powiedział prędko. – Chciałem się zapytać czy przejdziesz się ze mną nad Motławę?
- Nie pomyliły ci się jakieś rzeki?
- Tym razem nie – odpowiedział szeroko się uśmiechając. – To jak?
- Czemu nie? – wzruszyłam ramionami i nieco przyśpieszyłam kroku.
Cała nasza rozmowa opierała się bardziej na pytaniach Mariusza i moich odpowiedziach. Wyciągał ode mnie informacje, a ja jak zaczarowana odpowiadałam na wszystkie zgodnie z prawdą. Nie spodziewałam się tego po sobie, choć czasem zdarzało mi się być trochę zbyt sarkastyczną, ale to w końcu moja normalna strona. Zresztą prokuratorzy lubią czasem trochę poironizować, a ja właśnie to w mojej pracy lubiłam najbardziej. Poza tym jego pytania nie były wciąż takie same i były dosyć sensowne.
Gdy dotarliśmy nad Motławę oparł się o poręcz i głęboko westchnął. Złapałam się zimnej poręczy, ale po chwile zabrałam z niej już i tak zmarznięte dłonie. Szybko wsadziłam je do kieszeni, mając złudną nadzieję, że się ogrzeją.
- Chyba powinnaś wracać już do restauracji. Tam jest chociaż ciepło – uśmiechnął się delikatnie.
- Właściwie to nie dałeś mi zbytnio zadać pytania.
- No tak. Ja i moje rozgadanie. Przepraszam.
- Nie masz za co, ale kim jesteś z zawodu? – spojrzałam na niego.
- Jestem zastępcą dyrektora w firmie logistycznej. Nuda i żmudna robota – machnął ręką i wyprostował się. – Prokuratura to chyba lepsza sprawa?
- Zależy dla kogo. Jeżeli chcesz zabić czas i uwielbiasz papierkową robotę to owszem, ale dla osoby, która lubi życie towarzyskie, a do papierów ma dwie lewe ręce to nie jest najlepsza praca.
- Co do pracy papierkowej to bym się nadawał, ale zrezygnować z imprez i innych zabaw? W życiu!
- Poświęcasz jedno albo drugie – mruknęłam. – Dobra, powinnam już wracać. Jeszcze raz przepraszam za te drzwi. To cześć.
Pomału ruszyłam w stronę Długiego targu by za kilka minut z powrotem znaleźć się w restauracji przy jednym stole z całą roześmianą rodzinką.
- Pracujesz tutaj w rejonowej czy okręgowej? – pojawił się tuż przede mną.
- W okręgowej  - odpowiedziałam niepewnie.
- Chyba znajdziesz dla mnie kilka minut? Pewnie twój grafik jest bardzo napięty, ale dasz radę jakoś mnie tam upchnąć.
- Postaram się – odparłam mimowolnie się uśmiechając.
Odgrodził mi drogę. Gdy zniknęłam w bramie oparłam się plecami o ścianę. Delikatnie, choć i tak dosyć mocno uderzyłam głową o mur. Spojrzałam w dal. Piękna ulica Długa w Gdańsku czarowała swoim nocnym urokiem jeszcze bardziej niż tym gdy jest jasno. To miejsce miało w sobie to coś czego nie miały inne ulice jakie udało mi się zwiedzić w innych miastach. Ta była jedyna w swoim rodzaju. Tym bardziej dla mnie. W końcu jako mały szkrab biegałam po niej i goniłam gołębie. Na samo to wspomnienie zaśmiałam się sama do siebie, ale szybko spoważniałam. Chyba za długo czułam się jakby szczęśliwa. W końcu czułam się tak jakoś radośnie, a uśmiech, który pojawiał się na mojej twarzy nie był sztuczny jak w większości przypadków. To chyba nazywa się szczęściem? Zdążyłam już zapomnieć definicję tego słowa.
Pokręciłam głową i odepchnęłam się od muru pomału krocząc przez doskonale oświetloną ulicę. Gdybym mogła zapewne bym poszła gdziekolwiek byle nie do tej cholernej restauracji. Jednak trzeba stawić czoła nawet największym problemom, ale od kiedy to własna rodzina stawała się problemem?