Do
rozprawy została godzina. Siedziałam w zapełnionej kawiarni, która znajdywała
się na parterze zaraz za wejściem do sądu. Zawsze siedziało tu mnóstwo ludzi. W
większości byli to pracownicy, którym znudziła się ich praca i choć na chwilę
chcieli się od niej oderwać. Zapomnieć o tych papierach, nieuzupełnionych
rubrykach, męczących telefonach. W końcu każdemu należy się chwila wytchnienia.
Nie jesteśmy robotami, które mogą pracować 24 godziny i to bez przerwy.
Jesteśmy ludźmi. Potrzebujemy chwilę na zjedzenia śniadania, na wypicie kawy
albo po prostu na rozmowę z kimś innym niż komputerem, który często lubi robić
psikusy w formie 15-minutowego zawieszenia. Gdy ktoś mi mówi, że jeszcze
kilkanaście lat temu ludzie radzili sobie bez komputerów i szło im równie dobrze
to po prostu nie chce mi się wierzyć. Jestem kobietą XXI wieku i bez laptopa,
na którym mam wszystkie dokumenty nie ruszę się z domu.
-
Dzień dobry. Można? – usłyszałam głos za moimi plecami.
-
Proszę – mruknęłam, odkładając kawę.
-
Pani prokurator chyba nie w humorze. Czyżby zapowiadała się ciężka rozprawa?
-
Zależy dla kogo . Dla mnie sprawa jest jasna. Pański klient nie udzielił pomocy
poszkodowanemu i zbiegł z miejsca wypadku.
-
Jest pani bezwzględna – uśmiechnął się i wziął niewielki łyk kawy. Mocny zapach
podwójnego espresso rozniósł się wokół naszego stoliku.
Pan
Wojciech był obrońcą oskarżonego. Cieszył się bardzo dużą sławą wśród adwokatów.
Jego zdolności zostały docenione już nie raz w największych plebiscytach i
nagrodzone odpowiednio dużymi nagrodami. Był stanowczy. Brał pod uwagę tylko jedną wersję wydarzeń i mocno się jej trzymał, nie pozwalając na jakiekolwiek obalenie.
Zresztą jak chyba każdy adwokat, ale on robił to zawsze z poważną miną, nie
dając ujścia jakimkolwiek emocjom. Zamykał je tak głęboko, że odczuwało się to
płynące od niego zimno. Po rozprawie stawał się inny. Stawał się wręcz
człowiekiem. Miłym, uprzejmym, z ciepłym uśmiechem na twarzy, którym
obdarowywał każdą spotkaną po drodze osobę. Kompletnie inna osoba niż na sali
rozpraw.
-
Powinnam już iść – mruknęłam pod nosem, dopijając kawę i zabierając wszystkie
swoje rzeczy.
-
Na ile chcecie wsadzić mojego klienta?
-
To nie ja o tym decyduję – wstałam, pomału ruszając w stronę wyjścia.
Miałam
jeszcze sporo czasu do rozpoczęcia rozprawy, ale nie miałam ochoty siedzieć w
kawiarni przy jednym stoliku z tym adwokatem. Usiadłam na ławce przed salą, w
której miała się odbywać rozprawa. Oparłam głowę o zimną jak lód ścianę. Jej
piaskowy niegdyś kolor zmienił się teraz w brudną żółć. Wyglądało to okropnie.
Jednak nie dręczył mnie wystrój tego korytarza, ale coś innego. Dziś obchodzę
29 urodziny. Jak na prokuratora byłam jeszcze młoda w tym fachu, ale dzięki
wielu doświadczonym ludziom szybko się wybiłam. Zawdzięczałam im wszystko.
Przekazali mi wszystko czego oni uczyli się przez lata. Jednak oprócz życia
zawodowego liczyło się też to prywatne. To jednak leżało na dnie wielkiej
skrzyni, w której znajdywały się same smutki i nieudane pomysły. Niby cały czas
starałam się samą siebie przekonać, że nie jest mi potrzebna druga osoba do
szczęścia. Po tym co zrobił Michał po prostu znienawidziłam płeć przeciwną.
Właściwie tamto wydarzenie zrobiło ze mnie zimną, mało uczuciową kobietę.
Dbałam tylko o siebie i o własne interesy. Żyłam w przekonaniu, że tak jest dla
mnie najlepiej. Jednak im więcej czasu mijało tym bardziej to przekonanie jakoś
ode mnie odpływało, ale nie byłam w stanie przyznać się przed samą sobą, że
czuję jakąś pustkę. Nie mam do kogo się w domu odezwać. Siedzę sama jak palec,
otaczając się górą papierów, która w jakiś sposób oddalają mnie od tego całego
szarego życia.
-
Pani Izo – ten cichy głos przywrócił mnie do życia. – Rozprawa zacznie się za
15 minut.
-
Dobrze – odparłam do młodej kobiety o bardzo miłym uśmiechu.
Przytaknęła
i poszła dalej, znikając na końcu korytarza. Modliłam się, aby ta rozprawa
przebiegła szybko i bezboleśnie. Nie miałam ochoty na te kłótnie z panem
Wojciechem, który z zaciętością bronił swoje racje odpierając każdy atak z
mojej strony albo ze strony świadków. Był nieugięty. Tym razem na pewno też tak
będzie, więc znowu szykowała się prawie godzinna rozprawa.
Rozprawa
się zaczęła. Oskarżonemu zostały przedstawione te same zarzuty. Po raz kolejny
nie przyznawał się do winy i znowu opowiedział swoją wersję wydarzeń, którą
słyszałam już dwukrotnie. Na salę wszedł jedyny świadek całego zdarzenia. To ta
starsza kobieta udzieliła pomocy poszkodowanemu. Jej zeznania mówiły same za
siebie. Pan Krzysztof był winny i nie wiem dlaczego sędzia nadal nie podjął
słusznej decyzji, czyli osadzenie oskarżonego w areszcie albo danie mu
odpowiedniej dla popełnionego czynu kary. Dlaczego sędzia tak długo się wahał?
-
Panie Krzysztofie, zadam panu po raz kolejny to samo pytanie. Był pan sprawcą zdarzenia?
-
Tak, byłem – odparł.
-
Udzielił pan pomocy? – czekałam na jego odpowiedź. Tym razem jej nie usłyszałam.
Wahał się. Obrońca nie naciskał. To była jego decyzja. W duszy zaczynałam się
cieszyć z odnoszonego zwycięstwa po długiej, męczącej walce z dosyć wytrwałym przeciwnikiem.
– Nie udzielił pan. Zbiegł pan z miejsca zdarzenia. Był pan tak zszokowany, że
nie wiedział pan co zrobić. Dlatego zaczął pan uciekać. Pech chciał, że ta
kobieta była świadkiem całego zdarzenia i dostrzegła pana, uciekającego przez
środek pola.
-
Czy świadek się przyznaje? – spytała sędzia. Poczciwa, starsza już kobieta z
długoletnim stażem.
-
Tak, przyznaję się. Jak zobaczyłem tą kobietę wystraszyłem się. Chciałem jej
pomóc! Naprawdę!
-
To dlaczego pan tego nie zrobił? – zadałam opanowanym głosem pytanie.
-
Bałem się. Moja żona zmarła w wypadku. Widziałem jej zakrwawioną twarz. Wtedy
próbowałem pomóc, ale nie zdążyłem. Ona umarła na miejscu. Teraz po prostu nie
potrafiłem dotknąć tej kobiety. Bałem się, że tak jak kilka lat temu nie
wyczuję pod skórą pulsu.
Rozprawa
zakończyła się. Sędzia przyznała oskarżonemu chyba najlżejszą karę. Miał
szczęście, że poszkodowana w wypadku kobieta przeżyła. Sędzia niestety wziął
pod uwagę wcześniejsze kłamstwa i takim sposobem oskarżony trafił do aresztu.
Teraz czekał mnie powrót do domu. Dzisiaj mieliśmy iść do tej restauracji. Nie
chciałam tam iść. Po prostu nie chciałam tam siedzieć i sztucznie się uśmiechać
do całej tej szczęśliwej gromady. Niestety, ale nikt nie był na tyle dobry by
obdarować mnie dziś ogromem pracy bym mogła się zasnuć we własnym gabinecie i
spędzić własne urodziny w doborowym towarzystwie tysiąca nieuzupełnionych
papierów.
No robi się coraz ciekawiej, bardzo fajnie opisałaś tą rozprawę ;) Teraz czekam na wyjście do restauracji, bo to również zapowiada się interesująco, szczególnie, że Izy tam za bardzo nie ciągnie :D
OdpowiedzUsuńCiekawe opowiadanie. Liczę na to, że Iza pozna wreszcie jakiegoś interesującego chłopaka.
OdpowiedzUsuńświetne opowiadanie :) fajnie opisana rozprawa :) zooye
OdpowiedzUsuńMuszę przyznać, że jeszcze nie czytałam opowiadania o prawnikach. Twoje mi się naprawdę podoba i mam nadzieję, że dalej poprowadzisz je tak dobrze. :) Ciekawi mnie, jak nasza bohaterka spędzi swoje urodziny i liczę na jakąś porządną sprawę, która będzie się ciągnąć przez kilka rozdziałów. :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
[marionetki-nieswiadomosci]
[the-way-u-lie]
Czy tym wybrancem. Będzie ten adwokat ???
OdpowiedzUsuńBardzo fajne
też nigdy nie czytałam o trawnikach. Chociaż przeróbki magdy m.
Czekam na nexta
no i nareszcie jestem na bieżąco :-D
pozdrawiam
pomarańcza
Wciągnęło mnie to wszystko. Ciekawi mnie co zrobił Izie ten Michał kiedyś no i jaka będzie jej przyszłość.
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie:
mojastrona.hpu.pl
Basia